PIT nieliniowy i w dodatku nieciągły

Były Marszałek Sejmu profesor Marek Borowski zaproponował, aby osoby, których zarobki znalazły się w drugim i trzecim progu podatkowym nie miały prawa do tzw. kwoty wolnej od opodatkowania. Zaproponował to z przyczyn pryncypialnych i ideologicznych, jak na przedstawiciela lewicy przystało. Z takich samych przyczyn, tylko z pozycji liberalnych pomysł ten skrytykował redaktor Piotr Skwirowski. Tymczasem ani jeden nie pomyślał, ani drugi mu tego nie wytknął, że pomysł prowadzi do absurdu - podatek jako funkcja podstawy opodatkowania staje się funkcją nieciągłą. Osoba o dochodzie 37023,99 zł zapłaciłaby 6504,48 zł podatku (tak jak dzisiaj), a osoba o dochodzie 37024,01 zł (większym o dwa grosze) zapłaciłaby o 530,08 zł więcej !!! (kwestię zaokrągleń pomijamy). Dodajmy, że obaj adwersarze mylą kwotę wolną od podatku z kwotą zmniejszającą podatek (19% tej pierwszej). 

Rozumiem, że pewnych rzeczy mogą nie zauważać humaniści lub prawnicy, ale ekonomistom to po prostu nie wypada. Pomyśleć, że nie tak dawno profesor Osiatyński narzekał,  że w szkołach za dużo uczy się matematyki. Tymczasem wybitni fachowcy wykazują się w tej dziedzinie straszliwą ignorancją. Ale z drugiej strony, może to i dobrze. Pomyślmy sobie co by było,  gdyby matematycznie wyedukowani socjaldemokraci zaczęli wprowadzać podatek wykładniczy, a liberałowie logarytmiczny?

Marek Ćwikłowski.

Poniżej oba teksty :

 Solidarność społeczna - to nie frazes (GW 12 lipca 2004)


Uznając eliminację głodu za cel niezwykle ważny i powszechnie aprobowany, zaproponowaliśmy, aby w myśl zasady solidarności społecznej sfinansowali go podatnicy z II i III grupy podatkowej w formie utraty prawa do odliczania kwoty wolnej od podatku w wysokości niewiele ponad 40 zł miesięcznie - pisze Marek Borowski, szef SdPl, były marszałek Sejmu

Piotr Skwirowski ("GW" z 8.07.br) zarzucił mi "utratę kontaktu z rzeczywistością", gdyż zaproponowałem, aby tzw. kwota wolna od podatku PIT (ok. 40 zł miesięcznie) nie przysługiwała podatnikom z II i III grupy podatkowej, czyli osobom o wyraźnie wyższych lub bardzo wysokich dochodach, i aby zaoszczędzone środki przeznaczyć na walkę z głodem w najuboższych rodzinach. Pozwolę sobie nie zgodzić się z p. redaktorem i zaprezentować swój punkt widzenia.

Liczne spotkania, jakie odbywam z wyborcami, a także listy, które otrzymuję, wskazują, że odrzucenie planu Hausnera przez zdecydowaną większość społeczeństwa jest spowodowane m.in. przekonaniem, że sięga się wyłącznie do kieszeni najuboższych. Jednocześnie bez żadnego specjalnego planu coraz mniejsze (zwłaszcza w stosunku do rosnącego obszaru biedy) środki przeznacza się na pomoc społeczną. Co najmniej w 10 proc. rodzin mamy do czynienia ze zwykłym głodem, rośnie liczba ludzi bezdomnych i zmarginalizowanych. Poszerza się zjawisko dziedziczenia biedy.

Fakt, że 1 proc. najbogatszych podatników dostarcza 33 proc. wszystkich wpływów z PIT, nie jest - jak sądzi red. Skwirowski - skutkiem szczególnie wysokiego obciążenia podatkowego tych osób, ale przejawem ogromnych, nieakceptowanych społecznie rozpiętości dochodowych. Żadne społeczeństwo nie będzie w tych warunkach rozwijać się harmonijnie, przeciwnie - narastać musi frustracja i niechęć do udziału w życiu publicznym. Lepperyzm i elpeeryzm nie wzięły się znikąd.

Strzeliste apele, wzywające do walki z tymi zagrożeniami, niewiele pomogą. Ludzie muszą dostrzec, że słowa "państwo" i "społeczeństwo" oznaczają coś więcej niż frazes. Dla przytłaczającej większości Polaków mają one sens, o ile powiązane są z nimi takie cechy, jak solidarność i sprawiedliwość społeczna, tak chętnie wyśmiewane przez naszych liberalnych ultrasów.

Żadna partia socjaldemokratyczna nie może przechodzić nad tym do porządku dziennego. Stąd też w deklaracji programowej Socjaldemokracji Polskiej uznaliśmy, że jeśli nie stać nas na więcej, to przynajmniej powinniśmy zadbać, by w naszym kraju nie było ludzi głodnych. Milion rodzin cierpi niedożywienie lub wręcz głód, w tym wiele dzieci. Trzeba temu zjawisku wydać walkę.

Zaproponowaliśmy premierowi Belce, aby w budżecie na rok przyszły pomieścił środki na wprowadzenie - wzorem innych krajów - bonów żywnościowych dla rodzin żyjących poniżej minimum egzystencji. Jeśli może to uczynić, ograniczając inne wydatki - to bardzo dobrze. Zapewne nie będzie to jednak łatwe, gdyż wszelkie oszczędności powinny być przeznaczone na zmniejszenie deficytu budżetowego. Dlatego, uznając eliminację głodu za cel niezwykle ważny i powszechnie aprobowany, zaproponowaliśmy, aby w myśl zasady solidarności społecznej sfinansowali go podatnicy z II i III grupy podatkowej w formie utraty prawa do odliczania kwoty wolnej od podatku w wysokości niewiele ponad 40 zł miesięcznie.

Kwota ta ma rzeczywiste znaczenie tylko dla osób o niskich dochodach i wprowadzono ją z myślą właśnie o nich. Dla podatników o dochodach znacznie powyżej przeciętnej nie ma ona praktycznie znaczenia, a w sumie daje ok. 400 mln zł rocznie. Propozycja ta nie narusza przy tym inwestycyjnych zamierzeń przedsiębiorców, bo ci po zmianach wprowadzonych w tym roku płacą już powszechnie podatek 19-proc., a więc w I grupie podatkowej.

Nie chodzi o to, aby wspomniane 400 mln zł po prostu wpadło do worka budżetowego i tam być może zostało zmarnotrawione. W naszej koncepcji środki te mają finansować konkretny program - by podatnicy mieli pewność, że jeśli już ponoszą to skromne wyrzeczenie, to wiadomo po co. Tylko taką całościową koncepcję gotowi jesteśmy poprzeć.

Pan redaktor Skwirowski kwestionuje jednak także moje rozumienie solidarności społecznej. Stwierdza, że już sama progresywność podatku dochodowego w pełni realizuje postulat solidarności bogatych z biednymi. Jest to teza nieprawdziwa. Człowiek, który zarabia 1000 zł miesięcznie i musi zapłacić ok. 140 zł podatku, odczuwa ten fakt co najmniej równie boleśnie, jak podatnik płacący wyraźnie wyższą stawkę, ale zarabiający znacznie więcej.

Jeśli bowiem przyjąć, że minimum egzystencji wynosi 600 zł miesięcznie (gospodarstwo dwuosobowe), to przedmiotem opodatkowania dla zarabiającego 1000 zł jest tak naprawdę 400 zł, będące nadwyżką ponad absolutnie niezbędne potrzeby. Oznacza to, że faktycznie stopa podatkowa wynosi ok. 35 proc. (140/400 zł). Tymczasem osoba, która zarabia 10 tys. zł miesięcznie, zapłaci ok. 3100 zł podatku, co w stosunku do nadwyżki ponad minimum egzystencji (9400 zł) daje stopę w wysokości ok. 33 proc. Są to więc stawki porównywalne. Progresywne opodatkowanie nie jest zatem przejawem szczególnej solidarności bogatych z biednymi, lecz wyrównuje stopień dolegliwości podatku dla podatnika. Oczywiście przy wyższej skali progresji byłoby inaczej, ale polska progresja jest odpowiednia.

Przy okazji widać teraz wyraźnie, dlaczego podatek liniowy byłby faktycznie przywilejem dla osób o wysokich dochodach. Podatek progresywny po prostu likwiduje ten przywilej i dlatego stosowany jest powszechnie - w krajach rządzonych przez lewicę i prawicę.

Myślę, że po tych wyjaśnieniach nasza propozycja nie jest już tak kontrowersyjna. Na tak ważny i szlachetny cel warto, Szanowny Panie Redaktorze, wyłożyć te 40 zł miesięcznie. Panu i mnie nie ubędzie, a setkom tysięcy ludzi przywrócona zostanie godność i poczucie, że nie zostawiono ich samym sobie. Jeśli jednak ktoś przedstawi lepszą propozycję realizującą ten sam cel - nie będziemy kurczowo trzymać się naszej.

  Marek Borowski 

Solidarność podatkowa według Borowskiego - komentarz

Nadmiar sondaży szkodzi politykom. Zwłaszcza tym, których partie zajmują odległe miejsca w rankingu popularności. Kontakt z rzeczywistością stracił nawet tak rozsądny zwykle polityk jak Marek Borowski, szef SdPl, były marszałek Sejmu. Nie dość, że rzucił ostatnio kontrowersyjny pomysł odebrania niektórym podatnikom części ich praw, to jeszcze dość dziwacznie go broni.

Co proponuje Borowski? Pozbawić tych, którzy zarabiają miesięcznie ponad 3 tys. zł (II i III przedział skali podatkowej), prawa do odliczenia kwoty wolnej od podatku. Oznaczałoby to, że rocznie zapłacą oni ponad 500 zł podatku więcej.

A czemuż to? Ano dlatego, że - jak tłumaczył Borowski w środę w Radiu Zet - "jeśli już obywatele muszą ponieść jakieś wyrzeczenia, to powinny one być sprawiedliwie rozłożone. To znaczy, że osoby o wysokich dochodach również powinny w tym uczestniczyć". I więcej nawet - odebranie lepiej zarabiającym podatnikom prawa do kwoty wolnej "da ludziom poczucie, że istnieje jakaś solidarność w kraju, że uczestniczą w tym programie obcinania wydatków publicznych i załatwiania tych ważnych problemów socjalnych również osoby o wysokich dochodach".

Ożeż ty! - chciałoby się wrzasnąć. Czyli do tej pory nie uczestniczą?! Jedynym ich wkładem w załatwianie ważnych problemów kraju ma być 500 zł rocznie? Panie marszałku, to właśnie osoby zarabiające ponad 3 tys. zł miesięcznie w imię solidarności społecznej płacą podatki według stawek 30 i 40 proc., a nie - jak pozostali - 19 proc. To ci ludzie, w sumie niespełna 5 proc. podatników, wpłacają do budżetu ponad 50 proc. ogólnej kwoty podatku od dochodów osobistych. To zbyt mała solidarność z biedniejszymi?

Choć jestem w niezręcznej sytuacji, bo występuje także we własnym interesie, nie uważam, by była to zbyt mała solidarność z biedniejszymi. Jeśli jednak SdPl uważa, że jest zbyt mała, niech otwarcie zaproponuje zwiększenie stawek dla najlepiej zarabiających do 35 i 50 proc. Może więcej? Byłoby i prościej, i uczciwiej.

Piotr Skwirowski